653 Obserwatorzy
27 Obserwuję
CzarnyKapturek

EVERYDAY BOOK

Lubię czytać - po to się zalogowałam. Uwielbiam polskich pisarzy, dla nich składam hołd i lecę dalej, bo książka czeka c;

Czas żniw

Czas Żniw - Samantha Shannon

Są takie historie, które po prostu wbijają w fotel czy jakikolwiek mebel, na którym odpoczywacie czytając. Wywołują przeróżne uczucia na ogół w sensie tym bardziej pozytywnym niż negatywnym. Czasami czujemy podświadomie, jeszcze zanim weźmiemy egzemplarz w dłonie i będziemy delektować się lekturą, że historia, którą zaczniemy okaże się czymś w rodzaju hitu. I jak zwykle bywa, kiedy historia mi się spodoba i nie widzę w niej jakiś rażących minusów to mam problem z napisaniem jakiejś sensownej recenzji co by trzymała się jakoś.

Jednak z Czasem żniw mam bardzo wielki dylemat – świetnie czułam się podczas lektury, akcja wciągnęła mnie bez końca i zamiast się uczyć cały dzień spędziłam na czytaniu, ale jednak to było by coś co bardzo by mi się spodobało. Nie wbiło mnie w fotel, nie wywołało silnych objawów kaca poksiążkowego. Tylko najgorsze jest to, że nie mam zielonego (a może czarnego…żeby mi do pseudonimu pasowało) pojęcia co w tej całej historii mi nie pasowało.

 

Rok 2059, Sajon Londyn. Wkroczyłam do całkiem obcego mi miasta i czasu, więc na początku miałam obawy, czy zdołam się odnaleźć w całości. Na szczęście poznałam niewiele ode mnie starszą Paige Mahoney, która dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom potrafi włamać się do ludzkiego umysłu. Pracuje w podziemiu dla niejakiego Jaxona Halla i oczywiste jest to, że sposób w jaki zarabia jest całkowicie nielegalny. Kiedy po jednej z takich tajemniczych sesji wracała zmęczona pociągiem do domu ten nagle stanął. Okazało się, że „służby bezpieczeństwa” sajonu postanowiły przeszukać pojazd. Niestety dla bohaterki, ale stworzyła się nieprzyjemna sytuacja, w której również zawiniła sama Paige. Już następnego dnia została pojmana i przetransportowana do Oksfordu – niby skażonej strefy, ale nie całkiem… W kolonii tej sprawują władzę Refaitci, czyli potężna rasa pochodząca z innego świata, która przybyła na Ziemię dwieście lat przed aktualną datą wydarzeń rozgrywanych na kartach książki. Tam podczas uroczystości wszystkie zgromadzone w ostatnim czasie osoby zostały przydzielone do swoich opiekunów a Paige pod swoje skrzydła wziął nikt inny jak Arcturus Mesarhim – Naczelnik oraz małżonek krwi Nashiry.

 

Bohaterka od samego początku okazuje swoją buntowniczą naturę, nie ma zamiaru łatwo się poddać i najpierw walczy. Spodobało mi się to bardzo, bo rzadko w literaturze kierowanej do młodzieży można spotkać takie silne osobowości jak Paige. Jednak nie mogę zachwycać się tylko nią. Autorka naprawdę się postarała i stworzyła wiele barwnych, krwiożerczych a także świetnych postaci tylko po to, aby nadać jakiegoś charakteru stworzonej przez nią historii. Dlatego, że akcja rozgrywała się właśnie w „obozie” Refaitów to właśnie oni niesamowicie mnie zafascynowali. Do samego końca zastanawiałam się dlaczego tak wrogo odnoszą się do innych.

 

Główna postać czuje się w Szeolu I jak więzień i nie dziwię się jej – wszystkie osoby, które zostały sprowadzone z SajLo są taktowane jak śmieci, a ich głównym zadaniem jest chronienie Refaitów przed Szerszeniami lub rozbawianie ich.

 

To co spodobało mi się już od pierwszych stron to szybka, wartka i pędząca ciągle do przodu akcja. Na ponad 500 stronach tej książki nie ma ani chwili na wytchnienie aż zdziwiłam się, że dla bohaterów minęło tylko 6 miesięcy.

W historii tej znajdziecie wiele nowych i stworzonych przez Samantę Shannon wyrażeń. Stanowią one na pewno pewną oryginalność, nowość oraz nutkę tajemnicy. I w tym momencie wielkie pochwały dla tłumaczy – na pewno było to nie lada wyczyn. Na szczęście dla nas – czytelników – wszystko jest dokładnie opisane. Na końcu wydania znajduje się Słowniczek, dzięki któremu żadne nowe pojęcie nie zostanie nie zapamiętane.

 

Dodatkowym atutem historii Paige jest to, że wypowiada się ona sama. Opisuje wszystko po kolei, więc autorka zastosowała narrację pierwszoosobową i wyszło jej to naprawdę ciekawie. Czułam się jakbym była razem z bohaterką w Oksfordzie.  Świat w którym żyje bohaterka jest na swój sposób cudowny, ale jednocześnie pełen niebezpieczeństwa. Sprytnie wciągnięty wątek miłosny też mi się spodobał, jednak nie odgrywał on tutaj jakiejś większej roli. Niestety przeczuwałam to od początku, ale jest to na pewno jakiś minus. Składam pokłony również Samanthcie Shannon, której Czas żniw jest debiutem. Na dodatek bardzo dobrym, od którego nie można się oderwać.

 

Byłam zła, że historia Paige skończyła się tak jak skończyła, ale dzięki temu mam ochotę na więcej. Jestem niesamowicie ciekawa co autorka ma zamiar wyczarować w następnych częściach cyklu. Jeśli każda część będzie taka obszerna i wciągająca to na pewno będę po nią sięgać i polecać innym. Mam nadzieję, że autorka podwyższy jeszcze bardziej poziom, który pokazała w Czasie żniw oraz, że nie opuści go w następnych częściach.

 

Polecam!

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Kat Hitlera

Kat Hitlera - Robert Gerwarth

Biografie nie każdemu się podobają i wcale się nie dziwię. To taki dziwny typ książki, który w zależności od autora i bohatera może być naprawdę wciągający a także ciekawy lub wręcz przeciwnie – nudny oraz mało interesujący.

Ostatnimi czasy zauważyłam, że coraz więcej wydawców wypuszcza na nasz rynek wiele biografii. Kiedyś ten typ historii kojarzył mi się z osobami, które odeszły z tego świata, ale dobrze wiemy, że tak w ogóle nie jest. Ile to już napisano tych „niezbędników” fanów różnych zespołów, gwiazdek (ale nie z nieba) czy jakiejkolwiek osoby. Jedne według mnie wymagają większego rozgłosu, by po nie sięgnąć, bo są warte czasu poświęconego na ich lekturę. Taką publikacją na pewno jest Kat Hitlera opowiadający historię Reinharda Heydricha.

 

Nie będę ukrywać tego, że nie przepadam za historią. Od zawsze mam problem z zapamiętaniem różnych szczegółów, dat a nawet nazwisk i imion. Uczenie się takie na pamięć nie jest dla mnie a odnoszenie się do różnych wydarzeń historycznych to istna katorga. Wiem, że przedmiot ten w szkole jest niezwykle ważny, bo wątpię czy kiedykolwiek zainteresowałabym się tematami omawianymi na lekcji. Sądzę, że warto mieć w głowie, nawet najmniejszą, wiedzę na temat tego co było, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może nam się to przydać. Kata Hitlera poprosiłam do recenzji ze względu na to, żeby pokazać sobie (i może też wam), że historia jest ciekawa! Może nie każdy dział czy lekcja, ale poszczególni ludzie, którzy kiedyś żyli zawsze stanowią ciekawe źródło cennych informacji i wiedzy.

 

Nad fabułą rozpisywać się nie będę, bo o czym mam napisać? Biografia to biografia, nie znajdziecie tutaj niespodziewanych zwrotów akcji, ale jednak inną budowę niż dotychczas. Mam na swoim koncie tylko kilka książek opisujące czyjeś życie, na ogół były to trochę nic niewarte historie sławnych osób i zaczynały się od tego, że autor opisywał dzieciństwo, rodzinę i środowisko, w którym wychowywali się bohaterzy. W tym przypadku jest inaczej Robert Gerwarth zaczyna od tego w jaki sposób skończył swój żywot bohater jego publikacji.

 

Reinhard Heydrich nie jest pozytywną postacią w dziejach świata. Zawsze mnie ciekawi jacy prywatnie byli ludzie, którzy okazywali taką niechęć wobec innych (w tym przypadku Żydów). Jak dorastając w szczęśliwej, dobrej rodzinie można wyrosnąć na takiego tyrana? To pytanie będzie mnie na pewno jeszcze długo męczyć.

 

Nie jest to lekka publikacja, którą można przeczytać w jeden wieczór. Jest obszerna i wyczerpująca. Napisana na podstawie wielu zdobytych tekstów, źródeł z wielką starannością i dociekliwością autora. Dla mnie lektura Kata Hitlera była jedną z lepszych lekcji historii, w jakiej brałam udział. Teraz zaczęłam żałować, że moja edukacja czysto historyczna skończyła się w zeszłym roku szkolnym, ale jedno jest pewne – do postaci, które przyczyniły się do masowej zagłady ludzi na pewno będę wracać. To bardzo interesujący temat.

 

Pomimo swojej obszerności książka jest w miarę lekka. Podręcznik do biologii, który posiadam ma około 470 stron a jest znacznie cięższy. To pewnie zasługa papieru, ale przecież liczy się wnętrze. :)

 

Na pewno treść książki tej nie spodoba się wielu osobom. Nie każdy gustuje w akurat takiej tematyce, ale jeśli chcecie spróbować to polecam każdemu. Jednak przede wszystkim książkę tą kierowałabym do osób zafascynowanych historią, ja dostałam to, czego oczekiwałam, ale jestem ciekawa czy historycy z zamiłowania lub też wykształcenia będą pozytywnie oceniać Kata Hitlera autorstwa Roberta Gerwartha. 

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Niesamowita przygoda

Crom i uczeń czarnoksiężnika - Stelmarczyk Krzysztof

Czytam odkąd pamiętam a raczej na początku to mama mi czytała. Pamiętam, że chodziłyśmy razem do biblioteki naprzeciwko budynku, w którym mieszkam cały czas i wybierałyśmy książki. Potem, gdy nauczyłam się literek sama zaczęłam czytać jednak jakoś to nie było to, co uwielbiałam robić. Dopiero jakoś pod koniec podstawówki moja miłość do książek się pogłębiła i została po dzień dzisiejszy. Pamiętam, że zaczęło się od takiej świetnej serii o podróżach w czasie pod tytułem „Ulisses Moore” a potem były już inne książki, ale tak naprawdę to seria „Dary Anioła” pokazała mi jakie książki lubię najbardziej. Tak czy siak literatura jest ze mną prawie od zawsze, do tej pory pamiętam niektóre wiersze, które czytała mi mama a ile to już lat minęło!

 

Główna bohaterka tej książki jest całkowitym moim zaprzeczeniem, gdy byłam w jej wieku ani mi się śniło biegać po lesie czy cokolwiek co naraziłoby moje zdrowie na szwank oraz również w przeciwieństwie do moim starszych braci to chyba ja jestem tą najspokojniejszą. Crom taka nie jest. Jest pełną energii dwunastolatką z niewyparzoną jadaczką i milionem pomysłem na raz. Zawsze robi to, co chce.

 

Pewnego dnia bohaterka przeżywa jedną z początkowych przygód, które ma przeżyć w najbliższym czasie. Podczas wizyty w lesie, wcale nie taki tajemniczy czarnoksiężnik i jego uczeń chcą napaść na nią i odebrać jej cenny dar. Per, bo tak na imię było uczącemu się wcale nie chce tego zrobić. Nie czuje się wcale czarownikiem dzięki czemu przynosi wstyd całej swojej rodzinie. Bohaterowie zabili Darka von Deth i zapadli w śpiączkę.

 

Jakiś czas później Crom budzi się i jest trochę oszołomiona. W tym samym czasie Per nadal jest w śpiące. Dom bohaterki odwiedza Monty – druid i tylko on ma możliwości by powiedzieć w jakim stanie jest niedoświadczony magik. Dzięki świetnemu pomysłowi autora czytelnik może się dowiedzieć o tym, co zachodzi w umyśle chłopca. To sprytne i ciekawe posunięcie. Pełne niespodzianek.

 

W końcu oboje bohaterów wydobrzało i nastał moment wyprawy dalej. Druid i Per wyruszają w nocy o czym wie tylko Luca – babcia tytułowej bohaterki. Potem odkrywamy, że Crom wyruszyła za namową babci za dwojgiem wędrowców. I tutaj zaczyna się cała akcja.

 

Gdy w trójkę zbliżali się do krańca lasu, Crom postanowiła, że zobaczy jak wygląda droga dalej odbiegła od nich, ale niestety już potem ich nie odnalazła. Trafiła do całkiem innego, magicznego świata podobnie jak Monty i Per.

 

Uwielbiam książki dla dzieci i nie mogę się tego pozbyć. Mają one na ogół w sobie takie coś, co ciągnie mnie do nich. Może to jakiś rodzaj magii? Gdy byłam mniejsza nie przepadałam za takimi przygodówkami jaką miałam okazję przeczytać teraz. Niektóre książki, które kierowane są do młodszej części wydają mi się głupie, a żarty w nich zawarte mało śmieszne. Czasami się dziwię jak ktoś może śmiać się po przeczytaniu jakiejś historii, ale to w końcu kwestia gustu.

 

Słowa jakimi się posługuje pan Stelmarczyk są w zasadzie łatwe i każdy je zrozumie. Lekkość z jaką pisze jest po prostu porażająca. Pomysł na fabułę połączony z takim talentem musiał wypalić.

 

Rozłożył mnie również humor w tej książce. Autor idealnie wpasował się w mój gust. Nie są to jakieś chamskie i niby śmieszne wydarzenia i zapychacze, ale wszystko takie… delikatne. Ah! Zapomniałabym! Imiona niektórych bohaterów – podczas lektury zastanawiałam się skąd autor czerpie takie pomysły.

 

Na plus również podziała odniesienie się do innych baśni i bajek, na przykład Crom spotkała Czerwonego Kapturka oraz wilka, którzy okazali się całkiem kimś innym. Każdy z bohaterów jest inny i to czyni tą opowieść niesamowitą.

 

Dla mnie to jest wyjątkowa, miła i ciekawa historia. Nigdy się z taką nie spotkałam czego nie żałuję i cieszę się, że to nadrobiłam. Uważam, że „Crom i uczeń czarnoksiężnika” to genialna i obszerna historia, którą powinni zainteresować się wszyscy lubiący powroty do dzieciństwa i chcący spróbować czegoś innego.

 

Ja polecam, bo według mnie ta opowieść zasługuje na czyjąś uwagę. Ciekawi bohaterowie, niesamowite wydarzenia – czego chcieć więcej? :)

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Mroczna wieża

Mroczna wieża - Clive Staples Lewis

Myślę, że praktycznie każdy, obyty w jakimś stopniu, człowiek kojarzy nazwisko Lewis. Wstydem jest nie znajomość jednego z bardziej utalentowanych europejskich autorów. Może nie każdy przeczytał choćby jedną jego powieść, ale raczej większość obejrzała Opowieści z Narnii. Niestety z wielkim żalem i bólem muszę się przyznać, że tylko widziałam film. Jakoś wcześniej nie ciągnęło mnie do jakiejkolwiek dzieła spod pióra mistrza. Teraz doszłam do wniosku iż wiele straciłam, ale na szczęście jeszcze dużo czasu przede mną i na pewno zdążę to w jakiś sposób nadrobić. Po przeczytaniu Mrocznej wieży czuję, że wyobraźnia pana Lewisa była przeogromna, tajemnicza i zarazem piękna!

Mroczna wieża to zbiór opowiadań, które sekretarz autora - Walter Hooper, uratował przed zniszczeniem. W prologu właśnie tenże pan opisuje to, jak po śmierci C.S. Lewisa uratował przed spaleniem część jego dorobku pisarskiego oraz opowiada czytelnikowi w jakich mniej więcej okolicznościach powstawały poszczególne opowiadania. Muszę przyznać, że autor tego zbioru był naprawdę mądrym, wykształconym i cudownym człowiekiem.

Ludzie już od tysiącleci interesowali się podróżami w czasie. Na ten temat zapewne napisana jest niejedna książka oraz nakręcono wiele filmów. Ile ludzi tyle wyobrażeń o przyszłości. A autor dzieli się z czytelnikami swoim pomysłem.

Pierwsze opowiadanie nosi taki sam tytuł jak zbiór. Jest to najdłuższy tekst z całej książki i autor tak jakby popisuje się w nim na wielu polach. Nawet moja poraniona wyobraźnia nie wymyśliłabym czegoś takiego, o czym napisał autor Opowieści z Narnii. Historia zaczyna się od tego, że kilku panów spotyka się po to, aby porozmawiać o podróżach w czasie. Autor wykreował tutaj naprawdę ciekawe postacie a na dodatek sam bierze czynny udział w opisanych wydarzeniach.
Czytelnik ma do czynienia z chronoskopem, czyli tajemniczą maszyną, która pozwala oglądać pewną krainę, ludzi i ich zwyczaje. Bohaterowie są zafascynowani tym wynalazkiem i ciągle prowadzą obserwacje. Odkryli, że w Mrocznej wieży, bo tak nazwali budynek, w którym toczy się życie obcych dla nich ludzi mieszka pewna straszna kreatura.
Temat podróżowania w czasie zawsze mnie interesował. Lubię odkrywać czyjeś wyobrażenia o tym jak zobrazowali życie w przeszłości lub przyszłości.
Autor również postanowił o mnie zadbać i dał mi całkiem ciekawe opowiadanie. Z zapartym tchem śledziłam kolejne losy bohaterów.
Niestety nie jest tak pięknie jakby się wydawało. Wspominałam wcześniej, że zbiór ten jest częścią odnalezionych nie publikowanych wcześniej opowiadań Clive Staplesa Lewisa i niektóre fragmenty nigdy nie zostały odnalezione, także brakuje tutaj środka, ale łatwo jest się odnaleźć w dalszej części akcji natomiast to, co mnie najbardziej zabolało i zasmuciło to to, że nie ma końca… Oczywiście można sobie samemu wykreować, ale to nie jest to samo, co wyobraźnia autora.

Kolejnym tekstem jest Niewidomy od urodzenia. Krótkie opowiadanie zawarte tylko na kilku stronach i było one dla mnie najbardziej niejasne. Bohater tej opowiastki, jak wskazuje tytuł, był niewidomy od urodzenia lecz pewnego pięknego dnia poddał się operacji, która miała poprawić jego wzrok. Postać ta skupiała się i rozmyślała nad tym, czym jest światło i jak wygląda. Nadal nie rozumiem sensu tego tekstu, ale może jest spowodowane tym, że przepadam za całkiem innymi historiami.

Następnie czytelnik jest wprowadzony do Krainy imitacji. Bohater tego opowiadania podczas rozmowy ze swoim uczniem i jego narzeczoną zamyślił się i wkroczył całkiem do innego świata. Świata pozbawionego wyrazistości. Jedyną wyraźną rzeczą czy osobą była narzeczona gościa głównego bohatera oraz żonkile i inne kwiaty. Dla mnie było to trochę dziwne oraz zarazem zabawny tekst.

Anioły opiekuńcze oraz Nieznane formy to dwa teksty, których akcja rozgrywa się odległym dla nas kosmosie. Pierwsze opowiada o przygodach grupy badaczy, którzy stacjonują na Marsie. Tutaj autor naprawdę przeszedł samego siebie. Śmiałam się z tej zabawnej dla mnie historyjki. Drugie natomiast opowiada o pewnym panu, który poleciał na księżyc odkryć dlaczego wszyscy, którzy tam polecieli nie dają znaku życia. Domyślcie się co się stało ;)
Po dziesięciu latach nawiązuje do mitologii, bowiem akcja rozgrywa się w Troi. Z tego zbioru było to chyba według mnie lepsze opowiadanie, które w jakimś stopniu zrozumiałam.

Czytając te wszystkie teksty miałam wrażenie jakoby autor dorzucił do każdego jakieś filozoficzne przesłanie. Cały czas czułam takie dziwne przeczucie podczas lektury i do tej pory nie wiem czy to dobrze czy wręcz przeciwnie.

Clive Staples Lewis posługuje się dosyć poważnym językiem jednak nie jest on skomplikowany, więc każdy czytający ten zbiór zrozumie o co chodziło autorowi. Najbardziej irytującą rzeczą były te zaginione fragmenty. Akcja rozkręcała się w najlepsze by potem pokazać: „O nie nie nie, tutaj stop i siup dalej”. Każde opowiadanie było ciekawe, jednak często miałam problem z ich interpretacją. Wolę historie, które wprost pokazują swoje przesłanie. Kapturek idzie na łatwiznę.

Bezsprzecznie urzekła mnie wielka wyobraźnia autora oraz minimalistyczne i eleganckie wydanie Mrocznej wieży. Grafika na okładce idealnie oddaje to co jest zawarte w pierwszym oraz jednocześnie tytułowym opowiadaniu.

Dzięki zapoznaniu się nareszcie z twórczością C.S. Lewisa mam ochotę na więcej. Gdy znajdę więcej wolnego czasu pójdę do biblioteki i wypożyczę oraz przeczytam całą serię Opowieści z Narnii. Mroczną wieżę polecam głównie fanom autora ale również osobom, które nie miały z nim styczności.

Polecam!
(http://everydayxbook.blogspot.com)

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Kings of Leon. Sex on fire

Kings of Leon: Sex on Fire - Michael Heatley, Drew Heatley

 

Myślę, że sława to taki dosyć dziwny temat. W sumie dlaczego niektórym ludziom nadajemy status sławnej? Bo co? Bo kilka razy pokazała się w telewizji? Jednak patrząc na to z innej perspektywy – osoby, które zajmują się stroną techniczną, tj. operator kamery czy dźwiękowiec też powinni być tymi popularnymi. Jednak tak nie jest. Czasami jednak wydaje mi się, że posiadają oni większą wiedzę w swoim fachu niż niejeden dziennikarz.

 

Zastanawia mnie również to z jakich powodów niektóre osoby (a raczej coraz większa część populacji) robi się sławna. Wielbimy ich, ubóstwiamy, chodzimy na ich koncerty, premiery filmowe, czy nawet spotkania autorskie w przypadku pisarzy. Niektórzy z tych niesławnych nie przepadają za debiutantami, ale przecież każdy kto wykonuje jakąś czynność kiedyś zaczął. Nie od razu można zostać wszechwiedzącym. No chyba, że większość jednogłośnie stwierdzi, że debiutujący jest kompletnym beztalenciem w danej dziedzinie. Wtedy warto się nad tym trochę zastanowić.

 

Czasami przerażają mnie moje wstępy, bo za dużo piszę o tym, o czym nie powinnam…

 

Kings of Leon – mówi komuś coś ta nazwa? Ostatnio przydarzyła mi się taka sytuacja: był to piątek i w ten dzień miałam sprawdzian z angielskiego i jak zwykle za szybko zrobiłam wszystkie zadania. Sprawdziłam dwa razy moje odpowiedzi i wiedząc, że nic więcej nie poprawię oddałam mój arkusz, a następnie wyciągnęłam z plecaka książkę i oddałam się lekturze. Po tym jak wszyscy skończyli zagadałam do koleżanki siedzącej za mną. Skomentowałyśmy sprawdzian, a potem ona zapytała się mnie co czytam. Pokazałam jej okładkę, a ona: „Kings of Lion… to są ci co śpiewają Use Somebody?” Trafiła w dziesiątkę, to oni!

 

Jednak jak już wspomniałam wcześniej – każdy musi mieć początek, a potem być rozpoznawalny z czegoś, co zrobił. Tak samo było w przypadku chłopaków z Tennesee.

 

Do sięgnięcia po książkę o tym zespole skłoniło mnie to, że ich lubię. Czarodziejski, zachrypnięty głos Caleba mogłabym słuchać dniami i nocami. Chyba mam słabość do głosów. Ehhh…

 

Zespół tworzą czterej panowie o tym samym nazwisku. Trzech z nich to bracia plus ich kuzyn.

Nathan, Caleb i Jared wychowali się w rodzinie bardzo religijnej. Ich ojciec był pastorem zielonoświątkowym, więc razem z nim i mamą jeździli po Ameryce. Ivan Leon – głowa rodziny – głosił kazania i z tego co wyczytałam robił to całkiem dobrze. Ciągle byli w trasie, ale za to byli ze sobą bardzo zżyci. Dzięki takiemu dzieciństwu Nathan w wieku ośmiu lat nauczył się grać na perkusji.

Kilkanaście lat później powstał zespół – Kings of Leon, to nic, że basista nie potrafił grać na basie, a wokalista śpiewał niezrozumiale.

Niestety ich talentu radośnie nie przyjęła amerykańska publiczność, więc postanowili spróbować gdzie indziej, a mianowicie w Europie, gdzie spotkali się z wielką aprobatą. I tak zaczęła się najbardziej szalona impreza w ich życiu.

 

Autorzy Kings of Leon. Sex on fire opowiadają oczywiście o trudnej, ale również wspaniałej historii trójki braci oraz ich kuzyna. Po kolei omawiają całą dyskografię, dodając cytaty z różnych komentarzy, artykułów czy wypowiedzi przeróżnych osób.

 

Biografia nie stawia muzyków tylko w pozytywnym świetle, autorzy poruszają takie tematy jak bójki, libacje alkoholowe a nawet fakt, iż Followille zażywali narkotyki. Do każdego czynu członkowie zespołu się przyznają. Chyba dzięki temu ich polubiłam zupełnie z innej strony. Wcześniej ceniłam ich za muzykę, którą lubię słuchać, a teraz również za to, kim są.

 

Z publikacji tej oprócz niekolorowych faktów każdy czytelnik dowie się różnych ciekawostek. Zrozumie sens większości tekstów, chociaż i tak są one aż nadto dosadne, dowie się dlaczego Caleb napisał taką a nie inną piosenkę oraz razem z muzykami odwiedzą większość festiwali.

 

Najbardziej co denerwowało mnie podczas czytania tej biografii toto, że autorzy często opisywali osoby, dzięki którym KoL zabłysnęło w świecie muzycznym. Gubiłam się, bo nie wiedziałam czy dalej czytam o grupie, czy o osobie, która im pomagała. Powiem szczerze, że sięgając po tę książkę miałam nadzieję, że okaże się znacznie lepsza. Specjalnie zostawiłam sobie ją na sam koniec.

 

Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: nauczyłam się rozróżniać poszczególnych członków grupy, dowiedziałam się co za wydarzenia i emocje skłoniły do napisania poszczególnych tekstów. Moim zdaniem ta książka jest idealna dla każdego fana, a kilku stronicowa wkładka fotograficzna powaliła mnie. Nie spodziewałam się takiej niespodzianki. Jednak nie radzę nastawiać się na nie wiadomo jakie wielkie co. To po prostu opowieść o chłopakach, którzy stali się sławni, mają swoją przeszłość i dalej tworzą. Podczas lektury czytelnik przeskakuje z jednego koncertu na drugi, aż w końcu można stracić rachubę.

 

Jak już wspominałam, książka powinna spodobać się fanom. Na pewno nic nie wniesie do waszego życia, ale fajnie wygląda książka na półce, która opowiada o zespole, który lubisz.

 

Po przeczytaniu czułam się jakbym skończyła jakiś podręcznik. Sęk w tym, że na przykład takiego podręcznika do biologii bym nie zrozumiała, a w przypadku TAKIEJ biografii jest zdecydowanie inaczej. Uzupełniłam swoją wiedzę o brakujące fragmenty na temat zespołu.

 

 

Tak czy siak, polecam, a moja ocena jest za wykonanie tej książki, a nie historię muzyków.

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Busem przez świat

Busem przez świat. Wyprawa pierwsza - Lewandowski Karol

Myślę, że nawet wbrew naszej wili i natury jesteśmy ciekawscy. Lubimy wiedzieć czy Brad Pitt jest nadal z Angeliną Jolie albo czy nasza sąsiadka kupiła sobie nowy, lepszy i większy telewizor od naszego. Te sprawy są, nie okłamujmy się, błahe. Jednak jest jeszcze inna, myślę, że zdrowsza odmiana ciekawości - ta, dzięki której możemy odkrywać świat. 

 

Nie każdy może pozwolić sobie na wyjazd chociażby do takiego Londynu czy gdzieś znacznie bliżej Polski. Podróże niestety, ale wiążą się z kosztami, czasem poświęconym na obmyślanie tras i pomysłem jak najlepiej taki wypad spędzić.

Trochę szaleństwa również się przyda, jak w przypadku ekipy Busem przez świat.

 

Na pomysł podróży z Polski na Gibraltar wpadł Karol Lewandowski. Wracał akurat z uczelni, gdy jego oczom ukazał się bus i wtedy jego szalona myśl zaczęła kiełkować.

Zaczęło się oczywiście od poszukania odpowiednich osób i nie miał z tym problemu. Wszystkim, którym przedstawił pomysł i zaproponował udział zgodzili się. Ale to była tylko pierwsza z wielu czynności na liście do zrobienia. 

Potem zaczęły się prawdziwe przygotowania. Każdy z uczestników musiał zaoszczędzić trochę pieniędzy, aby starczyło na odpowiedni ekwipunek. 

 

Pierwszym zakupem był oczywiście bus, bo jak wybrać się w podróż Busem przez świat bez odpowiedniego pojazdu? Panom: Krzysztofowi, Karolowi, Michałowi, Markowi oraz Wojtkowi zależało na tym, aby maszyna, którą będą użytkować była tania, ale jednocześnie w dobrym stanie. 

Gdy znaleźli wóz w miarę dobrej kondycji musieli go "podrasować" (niczym w Pimp my ride, programie nadawanym kiedyś na MTV). Zreperowali go wewnętrznie i zewnętrznie, czyli zmienili kolory, kanapy i wiele więcej. 

 

Bus nie był taki sam jak przedtem. 

 

Wiele osób mówiło im, że to głupi pomysł oraz, że się po prostu nie uda. Jednak nie tylko bliscy załogi busa byli pełni wątpliwości, oni sami również. 

 

Gdy założyli stronę internetową, na której informowali o swoich problemach oraz przebiegu  przygotowań, a potem pisali sprawozdania oraz wrzucali zdjęcia z wyprawy, wiele osób ją odwiedziło. Niektórzy wspomogli chłopaków finansowo, a inni życzyli powodzenia i zazdrościli. Co dla nich na samym początku było czymś nowym.

 

Potem całe miasto wiedziało o tym szalonym pomyśle, ale pięciu mężczyzn ruszyło w swoją wielką przygodę, zostawiając za sobą domy, przyjaciół i bliskich. 

 

Jak już wspomniałam załoga busa "odpicowała" go, ale wiadomo... Nie był to samochód, który ledwie pół roku temu zszedł z taśmy produkcyjnej, ale wysłużona maszyna. Wiele osób przepowiadało im, że auto popsuje się w Czechach. Mieli racje (byli lepsi niż wróżbici z EZO TV), ale żaden z rządnych przygód mężczyzn nie poddał się. Dzielnie walczyli z kolejnymi przeszkodami na wyboistej drodze do Gibraltaru. 

 

Pomimo problemu w Czechach jakoś dalej pojechali, jednak ich auto w Szwajcarii popsuło się na dobre. Po długich poszukiwaniach mechanika w małej mieścinie, ten powiedział cenę za swoją usługę ekipa była pewna, że za chwile wrócą stopem do Polski. Jednak nie było tak strasznie. Dzięki temu wydarzeniu mieli okazję poznać pastora Davida oraz jego żonę. To oni głównie pomogli w tej straszniej, kryzysowej sytuacji. Co prawda nie mieli popsutej części samochodu, ale tutaj do akcji wchodzi "pomoc z Polski".

 

Gdy kolorowy bus ruszył jedno wiedziałam i czułam chłopaków (a raczej mężczyzn) ze Świdnicy nnie zatrzyma już nic. 

 

Strasznie się zagalopowałam. Nie chciałam zdradzić aż tyle. 

 

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że jestem na tej wyprawie razem z Krzyśkiem, Karolem, Michałem, Markiem oraz Wojtkiem. Opisy ich przygód czasami brzmiały wręcz nierealnie, ale gdy dotarło do mnie to, że wszystko jest prawdą przeżyłam wewnętrzne "WOW".

Myślę, że historia spisana na łamach tej książki jest strzałem w dziesiątkę, ale również zachętą dla innych osób rządnych adrenaliny, wielu przeżyć, ale również dla tych, którzy mają otwarte umysły. Wiadomo przecież, że co kraj to inny naród oraz zachowania, a nawet stopień złodziejstwa. Dzięki temu czytelnik może dowiedzieć się różnych, szokujących faktów. 

 

Dodatkowym plusem tejże publikacji są zdjęcia. Nadają realności prawdziwej historii. Rozdziały są krótkie, ale wyczerpujące, a czytelnik ma ochotę przeczytać całość za jednym razem.

 

Język użyty w książce nie jest naukowy i nudny, a wręcz przeciwnie - czasami miałam ochotę płakać ze śmiechu.

 

3 tygodnie, 5 tysięcy kilometrów, 9 państw i 5 mężczyzn - co wyniknie z takiej mieszanki? Przekonajcie się sami!

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Kłamca w obrazkach

Kłamca: Viva l'arte - Ćwiek Jakub

Nie każdemu do gustu mogą przypaść komiksy. To taki dość specyficzny rodzaj przedstawienia danej historii, w której oprócz tekstu znajdują się grafiki. Do tej pory nie wiem co jest ważniejsze: treść czy oprawa graficzna. Jednak jedno wiem na sto procent! Taka kombinacja spodobała mi się całkowicie, a czas który spędziłam podczas lektury uważam za bardzo udany.

Najbardziej w komisach podoba mi się, że nie jestem obciążona długimi, nudnymi a czasami niepotrzebnymi opisami bohaterów, miejsc, przyrody i tym podobne. Mogę całkowicie oddać się czyjemuś wyobrażeniu i nie przeszkadza mi to. 

Jakuba Ćwieka kojarzy chyba większość osób, które lubią czytać i interesują się nowinkami w świecie literackim. Pan Jakub zadebiutował w 2005 roku zbiorem opowiadań Kłamca. Podobnie jak w debiucie literackim autora tak i w tej publikacji głównym bohaterem jest Loki. Nordycki bóg kłamstwa, którego polubiłam już przy okazji lektury innych jego przygód. Oprócz tego miałam przyjemność przeczytać kilka innych książek spod pióra autora i kiedy nadarzyła się okazja do zrecenzowania Kłamca: Viva l'arte nie zawahałam się ani trochę, bo wiedziałam, że to będzie COŚ, co na pewno przypadnie mi do gustu.

Z tego, co pamiętam to po zniszczeniu Walhalli, Loki zaoferował swoją pomoc aniołom w zamian za pióra pochodzące z ich skrzydeł i tak kręci się cała historia. Bohater wykonuje brudne zadania do jakich nie zniżyłyby się anioły i w zamian dostaje swoje wynagrodzenie.

Niebiańskie plany ustanowienia bezdomnego mężczyzny prorokiem nowej ery komplikują się, kiedy ten zostaje uprowadzony, a jego anioł stróż ginie. Kto stoi za porwaniem? Odpowiedź na to pytanie musi znaleźć tytułowy bohater, nordycki bóg Loki. Próby rozwikłania zagadki zaprowadzą go do nowojorskich kanałów – siedziby tajemniczej i przerażającej sekty, oraz do pewnego artysty, który posiadł umiejętność malowania najprawdziwszej prawdy… a za nią płaci się najwyższą cenę.

Nie mam zwyczaju wstawiania opisu wydawnictwa, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać. Najbardziej prawdopodobne jest to, że opowiedziałabym wam całą historię i nie zostawiła ani kawałka zaskoczenia podczas lektury. Byłoby to jak oglądanie po raz drugi jakiegoś filmu. 

Muszę przyznać, że na początku nie potrafiłam się odnaleźć. Może to, dlatego że przez dłuższy czas nie miałam komiksu w dłoniach albo..., dlatego że nie mam zwyczaju czytać opisów na tyle książki. 

Czytelnik poznaje pobieżnie życie głównego bohatera a potem przenosi się do czasów współczesnych, gdy Loki rozmawia z księdzem o pewnym obrazie. W miarę czytania coraz więcej rozumiałam i fakty zaczęły układać się w spójną i ciekawą całość. 

Niektórzy myślą, że jak komiks to jest głównie kierowany dla dzieci. Otóż nie. Ta wersja Kłamcy zdecydowanie nie jest dla dzieci, ponieważ brak tutaj jakiejkolwiek cenzury (co dla mnie jest minusem) oraz znajduje się kilka brutalnych scen.

Wydanie prezentuje się naprawdę okazale. Miękka oprawa i format A4 oraz odpowiedni papier przemawia tylko aby sięgnąć, dotknął i nacieszyć oczy. 

Rysunki zachowane są głównie w ciemnych barwach, a "kreska" Dawida Pochopienia bardzo mi się spodobała. Do plastyka nie chodzę i malować nie potrafię, ale docenić to co przypadło mi do gustu w jakimś stopniu potrafię. 

Moja wizja Lokiego była trochę inna od tej, którą przestawił autor rysunków, ale i ta nie jest jakaś zła czy gorsza. 

Oprócz głównej historii autorzy serwują czytelnikowi dodatkową, zabawną i ciekawą historyjkę oraz dodatkowo znajduje się galeria prac. 

Moim zdaniem Kłamca: Viva l'arte spodoba się każdemu fanowi twórczości Jakuba Ćwieka, a forma oraz czyjeś wyobrażenia mogą skłonić do zapoznania się z komisem. Jednak nie polecam osobom, które nie miały okazji przeczytać choćby jednego tomu o przygodach Lokiego. 

Polecam!
(http://everydayxbook.blogspot.com)

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Klępy śpią

Klępy śpią - Kołodziejczak Piotr
Chyba po raz pierwszy nie wiem od jakich słów rozpocząć "recenzję". Podczas czytana często nasuwają mi się na myśl słowa, które warto użyć i coś wnoszą bądź całe zdania. Jednak podczas lektury Klępy śpią nie słyszałam w głowie ani jednej przydatnej myśli. Po prostu czytałam i zagłębiałam się w historię dwojga ludzi - Czarka i Agnieszki. Ten pierwszy wyjechał na studia do Rosji, a ona mieszka w Radomiu, wychowuje córkę i pracuje. Oboje mają jakąś przeszłość za sobą, ale dlaczego ich historie zostały poruszone na łamach jednej powieści?
 
Poznajemy Czarka wtedy, gdy siedzi w pociągu i zmierza ku Rostowie nad Donem. Świeżo upieczony absolwent liceum pragnie rozpocząć studia właśnie w Rosji. Nadal jest rozbity po tym, jak ukochana porzuciła go bez słowa.
 
Agnieszka to około 30-letnia nauczycielka matematyki, którą miałam okazję poznać już wcześniej, a dokładnie podczas czytania Wschodów do niebaTrudno mi przedstawić Wam fabułę Klępy ... bez zdradzania jakie wydarzenia miały miejsce we wspomnianej wcześniej opowieści, ale postaram się. 
 
Po przeprowadzce do Radomia, Agnieszka zaczyna pracować w nowej szkole i nawiązuje bliższy kontakt z Jurkiem, który uczy w tej samej placówce oświatowej. Kobieta nie jest pewna swoich uczuć do niego, ponieważ jedynym mężczyzną przy którym czuła się naprawdę dobrze był niejaki Major. Miota się pomiędzy byłym uczniem i jednocześnie wielką miłością, o której nie potrafi zapomnieć, a specyficznym (pod względem zachowania) nauczycielem. 
 
Wracając do Czarka, wiedziałam, że skądś go znam. Wydawał się być bardzo znajomą postacią. Na łamach tej powieści można ujrzeć jego przemianę. Od zagubionego młodzieńca, dobrego studenta do sprytnego, ale również w pewnym momencie pogrążonego w rozpaczy i potrafiącego z niej wyjść mężczyznę. Oczywiście nie wszystko dzieje się od razu, ponieważ fabuła rozwija się na przestrzeni kilku lat. 
 
Akcja rozgrywa się w latach 70. i do tej pory myślałam, że nic mnie nie zadziwi, ale jednak... Gdy bohater dotarł po raz pierwszy na kampus musi posprzątać gruz swoje nowe lokum, zdać kurs obsługi kuchenki gazowej oraz przejść dziwne badania. Dla mnie te zdarzenia były pełne absurdu a co za tym idzie zabawne. 
 
Dopiero po latach doceniamy to, co kiedyś było teraźniejszością / strona 188
 
Ta opowieść jest o miłości, ale o takiej, że zawsze dwoje ludzi się odnajdzie, nawet po wielu latach rozłąki. Nie było ono przedstawione w cukierkowaty sposób pełen czerwonych serduszek i trzymania za dłonie, ale pełne tęsknoty i pogoni za szczęściem. Drugiej osoby i swoim. 
 
Bardzo polubiłam Agnieszkę i Majora z Wschodów do niebaa czytanie o dalszych rozterkach bohaterki i przygodach Czarka na pewno dopełnia tamtą opowieść. 
 
I tak podróżujemy w czasie, miejscach i pomiędzy bohaterami, aby dotrzeć do sedna i prawdy. 
Nie mogę powiedzieć, że ta książka jest pełna momentów zaskoczenia. Kto miał okazję przeczytać poprzednie książki spod pióra pana Kołodziejczaka sam domyśli się kto kim jest i dlaczego. 
 
Jednak wzruszającymi dopełnieniami są listy oraz wzruszające momenty, które dodają delikatności całej fabule. 
 
Historię w Klępach ... opowiada narrator, który zdradza tylko to, że jest mężczyzną. Nie przyznaje się do tego, że jest Czarkiem, ponieważ opowiada o nim, a nie o sobie. Trochę irytowały mnie ciągłe jego wtrącenia. 
 
A w życiu bywa tak, że jak nic nie rozumiesz, to nie nasz problemów. / strona 56
 
Ciągłe przeskoki pomiędzy Agnieszką a Czarkiem początkowo były dezorientujące, jednak w miarę rozwoju akcji czytelnik może się do tego przyzwyczaić. 
 
Moim zdaniem nie jest to wybitnie genialna książka, która swym przesłaniem potrafi zmienić czyjeś życie, ale taka, którą miło się czyta w wolnej chwili. Historia nie jest zbyt obszernie opisana, bez zbędnych opisów, ale wciągająca, zabawna i zabierająca niewiele czasu. 
 
Zdecydowanie polecam osobom, które miały styczność z innymi książkami spod pióra Piotra Kołodziejczaka, bo na pewno tym się spodoba oraz również tym, którzy nie mieli jeszcze styczności, ale przedtem zalecam sięgnąć po wcześniejsze tomy cyklu Życia w życiu.
Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

"Nasz jeden dzień będzie trwał dopóki ono bije dla ciebie"

Letzte Beichte - Nina Reichter

Rynek literacki aż się przelewa od historii z wątkiem miłosnym, które kierowane są do nastolatków. Ostatnio "modne" są te, w których jedno z bohaterów jest stworzeniem nie z naszego wymiaru. Opowieści ze "zwykłymi bohaterami" wydają się nudne, bo przecież przedstawione postacie są takie ... zwyczajne, ale jednak historie miłosne są "na czasie" już od wieków, weźmy na przykład taki dramat jak Romeo i Julia Williama Szekspira, który chyba każdy zna.

 

Gdy w grę wchodzą uczucia pomiędzy bohaterami to muszę czuć takie wewnętrzne WOW na widok okładki oraz przeczytać niezliczone, pozytywne recenzje. Takie dziwne coś miałam przy okazji, gdy na polskim rynku ukazała się Ostatnia spowiedź Niny Richter. 

 

Od chwili gdy ujrzałam grafikę na okładce oraz przeczytałam pierwszą recenzję do czasu, w którym miałam okazję na własne oczy przekonać się o genialności tego dzieła minęło sporo czasu i przeczytanych opinii. Prawie każda osoba zachwalała tę historię, a ja nieświadomie stawiałam jej coraz wyższą poprzeczkę. Miałam nadzieję, że podobnie jak seria Dary Anioła Cassandry Clare, ta trylogia wstrząśnie całym moim światem. Teraz nasuwa się tylko jedno pytanie: Czy to zrobiła?

 

Znów opierając się na jednym nadgarstku i pochylając się tuż nad nią, ujął jej drobną dłoń i przyłożył ją do swojej piersi. Jego szalejące w tym momencie serce było chyba najlepszym dowodem.

Nasz jeden dzień będzie trwał zawsze, dopóki ono bije dla ciebie... / strona 362

 

Ally i Bradin poznaj się na jednym z czeskich lotnisk. Ona jest bardzo wrażliwą, znudzoną życiem osobą, a on bożyszczem europejskich nastolatek. Nic dziwnego, że go nie poznała, skoro większość czasu spędziła w Ameryce. On oczywiście nie wyprowadza jej z błędu i tak oto spędzają jedną z najwspanialszych nocy ich życia. 

 

Rozmawiają, śmieją się, a potem zostają zmuszeni do rozstania, ponieważ na każdego czeka "prawdziwe życie". Ich bliższe relacje zaczęły się od jednego smsa, potem rozmawiali ze sobą przez telefon, aż w końcu...

 

Wiele osób zachwycało się tą opowieścią, ale nie do końca rozumiem dlaczego. To nie jest przełomowa w historii literatury książka, a jedynie bardzo dobrze wykreowana fabuła o miłości dwojga ludzi, którzy żyją w różnych światach. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że autorka doda więcej pikantnych szczegółów ze świata, w którym żyli Bitter Grace. Pani Richter nie skupiła się tylko na miłości damsko-męskiej, ale także tej braterskiej, co można doskonale ujrzeć w Ostatniej spowiedzi.

 

Niekiedy irytowała mnie Ally. Rozumiem, że żyła w wiecznym stresie spowodowanym problemami z rodziną i nie mogła robić tego co chciała oraz musiał studiować i spotykać się z tym, kogo matka uważała za odpowiedniego kandydata. Spotykanie się ze starszym od siebie mężczyzną tylko dlatego, że muszę też nie napełniało by mnie radością. ale ten jej ciągły płacz i smutne myśli były naprawdę dziwne. Ile można się smucić i rozpamiętywać? No dajmy spokój...

 

Jednak w obliczu tego jednego minusa historia Ally i Brandina bardzo mi się spodobała. Czytanie o ich stale rozkwitającym uczuciu dodał mi nadziei, że być może taka historia żywcem z książki bądź filmu spotka również mnie. Według mnie historia jest bardzo realistyczna, tak samo jak bohaterzy. Ciągłe emocje, raz dobre, a za chwilę całkiem odmienne nadawały dynamizmu. 

 

Bezsprzecznie Toma (brata Brandina) mogę nazwać moim ulubioną postacią z Ostatniej spowiedzi. 

 

A tak przy okazji, jak to bywa, weszłam sobie do aplikacji LC na antka by dodać Tom II na półkę "chcę przeczytać". Niechcący przeczytałam opis i dowiedziałam się co jakie zdarzenie będzie miało miejsce na końcu Tomu I. Wniosek? Nie czytać opisów!

 

Problemy Brandina wychodzące z tego, że jest sławny pokazują, że nawet sławna osoba chce być przez chwilę "zwykłym" człowiekiem. Przecież taka osoba publiczna nie jest kimś nadzwyczajnym i ma prawo popełnić błędy, bo jest taki sam jak reszta społeczeństwa

 

Pomimo tego jednego minusa, o którym napisałam wcześniej książkę polecam i stawiam na półce obok tych ulubionych oraz mam nadzieję, że święta Bożego Narodzenia przyjdą szybko, ponieważ bardzo chcę przeczytać Tom II.

 

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Tania, ale dobra kuchnia

Niedzielne przysmaki - Gordon Ramsay

Nie ma chyba takiej osoby, która o Gordonie Ramsay(u?) nie słyszała choćby słowa.
Moim zdaniem jest on jednym z najlepszych a także najsławniejszych kucharzy w tej części kontynentu jak nie na całym globie.

Ten liczący sobie prawie 47 lat Szkot jest najlepiej zarabiającym szefem kuchni na świecie oraz prowadzi programy w telewizji i posiada swoje restauracje w wielu krajach. Do tej pory zdobył 15 gwiazdek Michelin, a w styczniu 2013r. w 6. restauracjach miał łącznie aż 11.

Poza tym, że prowadzi takie programy jak Ku jak kucharz oraz amerykańskie i brytyjskie wersje Hell's kitchen oraz Kuchenne koszmary (coś jak Kuchenne rewolucje, ale znacznie lepsze) to w swoim dorobku może pochwalić się licznymi książkami kucharskimi, a jedną o jednej z nich chciałabym napisać dzisiaj kilka słów.

Jedną z kampanii Gordona Ramsaya jest propagowanie (bądź namawianie, zachęcanie) wspólnego siadania do posiłków. Nie ważne kiedy tylko liczy się fakt, że z najbliższymi. Ta książka kucharska powstała z myślą o gospodyniach domowych (lub panach gospodyń), aby odnajdowali i czerpali inspirację a także motywacje oraz oczywiście przepisy na spotkania w gronie.
Pod pojęciem najbliżsi według pana Gordona można definiować nie tylko rodzinę, ale także przyjaciół lub też sąsiadów.

Książka zaczyna się od wstępnych wskazówek autora, tłumaczy różne kwestie, które na pewno będą potrzebne podczas dalszej przygody z książką, ale także z szeroko pojętą przygodą kucharską.
Według mnie do gotowania czy przyrządzania jakiejkolwiek potrawy nie potrzeba wielkich umiejętności, ale chęci i odrobiny wyczucia. Chodzę na garnki to wiem, nieraz (tutaj śmiech...raczej rozpacz, ale ok) zdarzyło mi się coś przypalić (a jedna dziewczyna pomyliła cukier ze solą i mieliśmy solone jabłka...), ale nie twierdzę, że na tej płaszczyźnie jestem do kitu i się nie nadaję. Warto próbować, a nie się zniechęcać :)

Wracając do książki...

Po wskazówkach znajdziecie przydatny każdemu spis treści, gdzie nie sposób zauważyć, że jest podział na działy. Wśród nich znajdziecie taki dodatek jak "Pięć potraw z ...", w którym znajdują się przepisy na dania z jednym składnikiem w roli głównej i jakimiś dodatkami do niego. Po spisie treści przyszedł czas na kolejny spis, ale tym razem przepisów, który został podzielony na trzy główne dania, czyli przekąski, dania główne oraz desery. Wniosek? W jednej książce można znaleźć przepisy na cały posiłek. Oszczędność? Oszczędność!

Zaraz po wszystkich wstępach pan Ramsay chce przekazać czytelnikowi kilka słów od siebie, czyli wstęp, w którym tłumaczy motyw wydania takiej publikacji oraz dorzuca trochę prywaty od siebie, a następnie przechodzimy do tego co lubię najbardziej, czyli przepisy na jedzonko.

Każda z potraw jest dokładnie opisana pod względem przygotowania jej. Autor najpierw dodaje notkę od siebie, a potem krok po kroku opisuje przebieg wykonywania. Od zamówienia czy kupienia w sklepie odpowiednich produktów po to co zrobić, aby dany przysmak wyglądał apetycznie i wzbudzał wyjątkowe wrażenia smakowe.
Publikacja ta jest przyozdobiona licznymi fotografiami potraw, ale oprócz nich można znaleźć zdjęcia, na których główną rolę gra sam autor.

Dodatkowym plusem na pewno jest papier, z którego została wykonana książka. Wydaje się na dosyć trwały.

Najbardziej denerwującą rzeczą w tej znakomitej publikacji były (a raczej są) kolorowe strony i czcionki. Według mnie wygląda to niechlujnie i "na odwal". Wolę proste i minimalistyczne rozwiązania.

Przepisy zawarte na kartach nie są jakoś skomplikowane, a potrzebne produkty niezbyt drogie. Może tak wyglądają, ale wiecie...pozory mylą ;)
Gdyby kupować niektóre składniki, kiedy jest na nie sezon można byłoby trochę przyoszczędzić, a co za tym również idzie przygotować dobry, tani i dosyć wyszukany posiłek.

To nie jest zdecydowanie publikacja dla osób, które nie jedzą mięsa, gdyż większość receptur składa się właśnie z tego składnika.
Może też was interesować wielkość dań - zależy od tego, ile jecie. Autor najczęściej zaznaczał, iż dana potrawa jest na cztery osoby, jednak ja zauważyłam iż taką jedną bym w zupełności się najadła.

Tak więc książkę polecam, bo warto. Składniki powinniście znaleźć w jakimkolwiek sklepie warzywnym czy mięsnym, więc problemów z wyszukaniem być nie powinno.
Pamiętajcie, że najważniejsze jest zabawa w kuchni (ale bez przesady) i eksperymentowanie, w końcu ma być to zabawa, a nie nudny obowiązek. :)

Polecam.

http://everydayxbook.blogspot.com

Niektóre Dziewczyny Gryzą  - Chloe Neill


Jakbyście się czuli, gdybyście żyli w świecie, w którym wampiry się nie ukrywają? Zakładając, że istnieją? Czy stracilibyście poczucie bezpieczeństwa? Okazuje się, że główna bohaterka powieści Chloe Neill musi żyć w takich okolicznościach, jednak nie zwraca na to uwagi, aż do pewnego momentu…
Merit nocą przebywała na kampusie swojej uczeni, pisze magistrat z literatury i tylko na nim się skupia. Gdy przechodziła przez teren swojej szkoły zaatakował ją wampir, na szczęście inny go spłoszył, a z bohaterki uchodziło życie, więc ten wspaniałomyślnie zamienił ją w wampirzycę, ale czy ona tego chciała?
I tak zaczyna się najdłuższa przygoda Merit, budzi się trzy doby po ataku w limuzynie ubrana w drogie ciuchy. Czuję się otępiała, ale od razu zauważa, że się zmieniła. Kierowca pojazdu wiezie ją do domu, którego właścicielką jest jej najlepsza przyjaciółka Mallory. Dziewczyny odwiedza inna wampirzyca – Helen, kobieta opiekuje się nowicjuszami, więc także przypadła jej piecza nad bohaterką. Helen tłumaczy Merit jak będzie od teraz wyglądało jej życie, do jakiego domu wampirów została przydzielona oraz daje jej Kodeks, dziewczyna ma się z nim zaznajomić, ponieważ za kilka dni odbędzie się Przyrzeczenie, gdzie będzie musiała Mistrzowi złożyć śluby: lojalności i posłuszeństwa.
Główna postać niechętnie podchodzi do swojego nowego życia, a tym bardziej, kiedy ktoś wybija kamieniem szybę w jej domu, do którego był przywiązany list z groźbą. Dzięki temu zdarzeniu poznaje jednego z wpływowych wampirów Chicago. Ethana Sullivana, Mistrza Domu Cadogan. Oczywiście jak to bywa jest on zabójczo przystojny. Pomiędzy nim, a Merit zawiązuje się pewna nić uczucia. Merit odkrywa świat, o którym nie miała pojęcia. Poznaje dobrze skrywane tajemnice oraz pokazuje, że jej też można zaufać oraz zasługuje aby powierzyć jej swoje życie.
Może zacznę od bohaterów. Według mnie pani Neill dobrze wykreowała swoje postacie. Nie genialnie czy po mistrzowsku, ale w przyzwoity sposób. Widać było, kto zajmuje jakie stanowisko po jego zachowaniu. Merit to nie jest kolejna płacząca i użalająca się nad własnym życiem postać, choć miewała chwile zwątpienia i załamania nie okazywała tego zbyt często, ale jest dla niej i tak wytłumaczenie – w końcu znalazła się w nowej sytuacji, w której nie chciała być. Według mnie była odważna i z pokorą przyjmowała nowe zadania. Od kiedy została wybawiona przez wampira czułam, że pomiędzy nimi zawiąże się jakieś uczucie, tak też się stało. Jednak bohaterka nie była w tym pełni usatysfakcjonowana.
Kolejną dobrą bohaterką była Mallory, której historię również mogliśmy obserwować na kartach książki. Okazało się, że nie tylko życie głównej bohaterki diametralnie się zmieniło.
Autorka wykreowała całkiem ciekawy świat wampirów. Gdzie tymi istotami zarządzają ich Mistrzowie oraz są one podzielone w zależności upodobań na Domy. W tym świecie dzieci nocy, oprócz krwi mogą spożywać wszystko. Nic im nie szkodzi. Są nieśmiertelne, a za należenie do Domu dostają pensję.
Jednak ta opowieść ma też swój minus, a mianowicie głupota Merit mnie powalała na łopatki i miałam ochotę krzyczeć. Jak można nie domyśleć się z kontekstu wypowiedzi jakiejś osoby, że ktoś jest zajęty w tym momencie czymś innym i nie ma ochoty na wizytę? Ale nie…ta musiała się pchać na siłę. Ughh.
Narracja jest pierwszoosobowa, więc widzimy wszystko z perspektywy głównej bohaterki. Okładka również przyciąga wzrok, jednak nie spodziewajcie się czegoś zadziwiającego i odkrywczego. Świat, w którym wampiry żyją obok ludzi wymyśliła w 2001 roku Charlaine Harris, kiedy wydała pierwszą część cyklu o Sookie Stackhouse. Lektura przyjemna w odbiorze, obfitująca w wiele wydarzeń, ale również przewidywalna a także zabawna. Jednak ja spędziłam miło poranek z tą książką i polecam fanom gatunku. :)

Puść już mnie...

Puść już mnie - Piotr Kołodziejczak

 Kiedyś z jedną z moich koleżanek potrafiłyśmy przesiadywać całe dnie na bulwarze. Szczególnie w letniej porze wiele par, które dopiero co wzięły ślub robiło sobie tam zdjęcia. Panie w pięknych, długich, białych sukniach. Włosy idealnie wystylizowane, ale wiatr targał nimi we wszystkie strony, piękny makijaż. Panowie w eleganckich garniturach, frakach czy czymś tam innym. Równie eleganccy jak jacyś biznesmeni oraz ich świadkowie. Wszystko wyglądało to tak sielankowo. Ludzie uśmiechnięci, szczęśliwi, ale czy tego optymizmu starczy im na całe życie, tak jak przysięgali?

            Ewelinie, bohaterce powieści Piotra Kołodziejczaka nie starczyło. Tytułowa postać jest osobą dosyć młodą, lecz po przejściach. Zarządza firmą, którą stworzyła jej matka. Zatrudnia same kobiety i nienawidzi mężczyzn. Można powiedzieć, że stała się zgorzkniała.

            Do biura Eweliny wchodzi jedna z jej pracownic – Basia oznajmia jej, że jest w ciąży co nie spodobało się szefowej. Nie toleruje ona żadnych mężczyzn czy to w swoim życiu czy swoich podwładnych. Ewelina zwalnia Basię i sama zaczyna rozpamiętywać swój związek z Rafałem, jej byłym mężem. Opowiada czytelnikowi o tym jak w cudownym związku pojawiły się rysy, które zaważyły na decyzji bohaterki.
            Główna bohaterka pierwsze lata po ślubie była ślepo wpatrzona w swojego męża, darzyła go wielkim i nadal namiętnym uczuciem, ale czy on ją też?

            Styl pisania pana Kołodziejczaka jest prosty i zrozumiały dla większości. Jego pióro jest lekkie, ale porusza ważne i trudne tematy dla każdego. Chociaż nie przeżyłam nigdy rozwodu i mam nadzieję, że czegoś takiego nie doświadczę to dzięki tej książce zrozumiałam, że może to być przełomowe wydarzenie dla każdego człowieka.

            Myślę, że ta historia jest o odnajdywaniu szczęścia, dawno zgubionego oraz o dawaniu sobie i innym drugiej szansy. Myślę, że to jest ciekawa, lekka i przyjemna historia.

Jedynym minusem dla mnie było przeplatanie teraźniejszości z przeszłością. Było to oddzielone, ale trochę przeszkadzało w odbiorze, bo nie wiedziałam na czym się skupić.

Polecam każdej osobie, która przepada za takimi historiami.

Fantastyczna książka dla dzieci

Fantastyczny świat Tomka Łebskiego - Liz Pichon

Na rynku jest dostępnych wiele książek dla dzieci. Od tych gumowych przez z grubymi stronami i wielkim tekstem do wielostronicowych, zabawnych opowieści.

Dla każdego coś dobrego można by powiedzieć.

 

Jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że to są tylko głupie historyjki, a ja takiego "humoru" nienawidzę. Odkąd pamiętam nie przepadałam za Koszmarnym Karolkiem, ale... na któreś święta podarowałam wraz z mamą bratankowi książkę z żartami zaczerpniętymi właśnie od Koszmarnego Karolka. Książka nie składała się tylko z tekstu, ale również zawierała ilustracje. Nie powiem, żeby to była najmądrzejsza

książka pod słońcem, ale muszę przyznać, że niektóre testy (że się tak wyrażę) rozwaliły mnie na łopatki. Tak też powoli przekonywałam się do literatury dziecięcej.

Od karolowych żartów po sekretnego jednorożca. Siedemnastoletnia dziewczyna i takie bajery. Jeny! :)

 

Ale nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło - na swoim koncie mam książkę Liz Pichon, której głównym bohaterem jest właśnie Tomek.

Bohater książki autorstwa pani Pichon jest zwykłym dzieciakiem. Lubi słodycze, nie przepada za warzywami i  nauką, jest na bakier z matmą i ortografią, ale za to bardzo lubi rysować.

 

W tej nieco za krótkiej (dla mnie) książce poznajemy przygody jakie go spotkały. Zaczynając od początku roku szkolnego, gdzie został przeniesiony z ostatniej ławki do pierwszej i musi siedzieć obok chłopca, którego nie lubi oraz dziewczyny, którą uwielbia. Najbardziej martwi go, że nie będzie mógł podczas lekcji szkicować oraz czytać komików, ponieważ jego wychowawca będzie cały czas go obserwował. Ale to tylko początek przezabawnej historii.

 

Często denerwuję swoją siostrę Dankę, której chowa rzeczy tak by ona nie mogła znaleźć.

Robi żarty swoim kolegom oraz zapisuje się do chóru by zaimponować dziewczynie.

Jak to bywa u dzieci - jest szczery do bólu. Na lekcji plastyki po tym jak namalował swój portret nauczycielka poprosiła go, aby narysował portret kogoś innego, ale z licznymi szczegółami. Niestety pani nauczyciele się to nie spodobało.

 

Jak to bywa - Tomek również narzeka na swojego tatę, który za grosz nie ma gustu w kwestii ubioru, ale zawsze śmiesznie to wychodzi.

Bohater dzieli się z czytelnikiem swoimi przygodami i przeżyciami nie tylko w formie tekstu, ale obrazków. Strony książki są pełne przeróżnych grafik oraz tekstu z dużą czcionką odpowiednią dla dzieci. Słownictwo jest proste, jak to bywa w książeczkach dla dzieci, oraz potoczne.

 

W tej historyjce nie ma czasu na nudę i smutek. Ciągle coś się dzieje. Czytelnik przeskakuje z miejsca na miejsce. Jak dla mnie historia jest krótka, ale treściwa.

 

Polecam!

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com

Wschody do nieba...

Wschody do nieba - Kołodziejczak Piotr

Liceum, technikum, zawodówka – to chyba najlepszy czas w życiu młodej osoby. Gdy byłam w gimnazjum czułam się dziwnie. Z jednej strony nauczyciele uważali nas za dzieci, ale z drugiej chcieli abyśmy zachowywali się jak dojrzali, dorośli ludzie. Teraz, kiedy chodzę do technikum nauczyciele uważają nas za dorosłych, chociaż nadal mamy te naście lat, i chcą żebyśmy tak też się zachowywali, chociaż nie każdemu to wychodzi, bo psychicznie nadal jest w gimnazjum. Dostajemy małpiego rozumu – nie wszyscy, oczywiście.

                Wschody do nieba to opowieść, w której opisane jest życie właśnie takich ludzi jak ja, czyli licealistów, żyjących w epoce gierkowskiej.

                Na początku narrator opowiada o teście kwalifikującym do liceum, w końcu chce się dostać do najlepszego liceum w mieście, gdzie nie koniecznie znajduje się taka młodzież. Opinia to tylko opinia. Opowiada o swoich nowych przyjaciołach, czyli m.in. o Suchym, Majorze, Julii, Ince i innych osobach, z którymi dobrze się dogadywał.

                Razem z bohaterami wybieramy się na wieś do peegierów, gdzie klasa narratora wybrała się, aby pomóc gospodarzą, co niekoniecznie dobrze się skończyło.

                Według mnie najciekawszą postacią był Major – chłopak bardzo wrażliwy, który żyje w swojej szklanej bańce. Przeżywamy z nim jego wielką i pełną namiętności miłość.

                Poznajemy również Julę, która przez to, że trafiła ją strzała Amora, a miłość nie została odwzajemniona stoczyła się i nie otrzymała promocji do następnej klasy.

                Książka Wschody do nieba to pełna humoru opowieść o nastolatkach takich jak ja, chociaż ich życie toczyło się w innych czasach to zachowują się podobnie jak współczesna młodzież. Palą zakazane ziółka, piją ile wlezie, wagarują, ale jednocześnie są na tyle ambitni, aby się uczyć i myśleć o dobrych studiach.

                Historia jest krótka, ale bardzo ciekawa i łatwa w odbiorze. Język pana Kołodziejczaka jest prosty, ale zabawny jednocześnie. Opowiada o innych realiach, które wydawają  się ciekawe, a nawet ciekawsze od naszych, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki.

                Opis z tyłu książki sugeruje iż między uczniem a nauczycielem rodzi się piękne uczucie. Byłam pewna, że to będzie głównym wątkiem w całej historii. Niestety tak się nie stało, co trochę mnie wprawiło w zdziwienie.

Nie przekreślam tej książki, bo ubawiłam się przy niej jak nigdy. Zabawne teksty bohaterów, a także prześmieszne wydarzenia, w które się wplątali działają na plus.

Polecam.

Umrzeć by stać się sobą. Podróż od choroby,  przez otarcie się o śmierć,  do prawdziwego uzdrowienia - Anita Moorjani

<!--[if gte mso 9]> <![endif]-->

<!--[if gte mso 9]> Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE <![endif]--><!--[if gte mso 9]> <![endif]--><!--[if gte mso 10]> /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;} <![endif]-->

Życie – każdy z nas ma inny pomysł na przeżycie tego etapu. Jest to spowodowane różnymi czynnikami, takimi jak kraj, w którym się urodziliśmy, czy status majątkowy rodziny. Jak wielu ludzi tak wiele pomysłów na życie.

                Bywa też tak, że nasza największa przygoda zostaje natychmiastowo przerwana przez chorobę. Czego nikomu nie życzę, nawet największemu wrogowi.

                Anita Moorjani urodziła się w Singapurze, w hinduskiej rodzinie, potem przeprowadzili się do Hong Kongu, gdzie uczyła się w brytyjskich szkołach. Żyła w wielokulturowym świecie. Ma brata. Rodzice wychowywali ją w duchu ich religii, więc wiedziała, że szybko wyjdzie za mąż, ale nie o tym marzyła.

                Od  zawsze chciała osiągnąć jak najwięcej, dlatego dużo uczyła się. Gdy przyszła pora do zamążpójścia czuła, że to nie jej czas. Zerwała zaręczyny, a dzięki temu wydarzeniu zyskała niezależność jakiej pragnęła. Dostała w końcu pracę. Po pewnym czasie poznała wspaniałego człowieka Dannego – również hindusa, z którym wzięła ślub, ponieważ to w nim się zakochała.

                Jednak do końca nie było tak sielankowo, kilka lat po ślubie okazało się, że Anita ma raka. Próbowała pozbyć się go za pomocą metod naturalnych, ale dało to pożądanego efektu. Gdy zaczęła chemioterapię nie było szansy na wyzdrowienie, ale pani Anita doświadczyła czegoś, czego nie czuła wcześniej.

                Gdy jej ciało zapadło w śpiączkę, jej duch unosił się i czuł wspaniale. Ogarniała ją wszechobecna czułość i miłość, wtedy doszła do wniosku, że to jest to, co ją uleczyło.

                Historia opisana w tej książce może posłużyć poniekąd jako pocieszenie, że być może ktoś pokona chorobę. Język, którym posługuje się autorka jest łatwy do zrozumienia. Najbardziej spodobało mi się to, kiedy w pierwszej części było opisane życie pani Moorjani, jak się wychowywała w dziwnym środowisku, co robiła aby nie zostać zwykłą kurą domową.

                Spodobało mi się bardzo to, że książka jest oparta na faktach, dużo można przeczytać w Internecie o tym, że ktoś przeżył jakiś wypadek, chociaż nie miał żadnych szans. Jak wcześniej wspominałam historia może podnieść na duchu. Moim zdaniem nie jest to kolejny poradnik, w którym jest jasno napisane jak masz żyć. To jest wzruszająca biografa kobiety niezależnej, która wygrała walkę z chorobą i cieszy się życiem.

Polecam.

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com
Bo wiesz... - Piotr Kołodziejczak

 

musisz starać się zawsze uśmiechać, bo to przyciąga dobrych ludzi

 

                Jesteśmy już tak zbudowani, że niektórzy do pełni szczęścia i spełniania potrzebują drugiej połówki, drugiej osoby oczywiście. Kiedy kochamy czujemy się tak dobrze, jak nigdy wcześniej, najlepiej, żeby ta miłość była odwzajemniona. Bo wiesz... to kolejna powieść pana Piotra Kołodziejczaka, którą czytało mi się wspaniale. Byłam ciekawa co wydarzy się na następnej stronie, a także  w której jedna z bohaterek niemiłosiernie mnie irytowała.

                Grażyna pewnego dnia zaprasza swojego męża do kawiarni, by wyjawić mu swoją tajemnicę. Bohaterka oznajmia mu, że go zdradziła, ale nie raz tylko dwa. Jan tak bardzo kocha swoją żonę, że postanowił jej przebaczyć, jednak ona tego nie chce. Pragnie wyprowadzić się z ich wspólnego mieszkania. Po tym spotkaniu udają się razem do domu, Grażyna śpi w ich wspólnym łóżku, a Jan w innym pomieszczeniu. Bohaterka nie może zasnąć i rozmyśla jak to się stało, iż zdradziła swojego męża, który był dla niej bardzo dobry. Szkoda, że tego nie zauważyła.

                Żona Jana pewnego dnia spotyka swojego kolegę. Mieszkał on w tym samym bloku, co ona, ale teraz jest poważnym biznesmenem. Grażyna od początku go okłamuje, twierdzi, że jest w separacji, a także, że pracuje jako dziennikarka. Prawda jest taka, że jest ona zbyt leniwa i mało ambitna by podjąć jakąkolwiek pracę. Tak się stało, iż znajomość Grażyny i Piotra rozwija się. Bohater jako dorosły mężczyzna, a w dodatku samotny decyduje się na to, aby jego nowa/stara ukochana zamieszkała z nim. Niestety nie jest tak kolorowo jakby się wydawało. Bohaterka wyjawia mu prawdę, a mu nie spodobało się to, że był od początku okłamywany i postanawia zakończyć znajomość.

                Grażyna postanowiła przemilczeć ten fakt przed swoim mężem i zbliża się ponownie do niego. Jan i jego małżonka wyjeżdżają razem na działkę by spędzić razem czas. Żona twierdzi, że wiele jej brakuje, a także chce przekonać bohatera do tego, by zmienił pracę na lepiej płatną. Stwierdziła, że chce wziąć udział w kursie gotowania, więc cudowny Jan zgodził się na to biorąc nadgodziny w pracy. Ale również za tym razem Grażyna nie zdołała wytrzymać i znów zdradziła męża. Postanowiła się wyprowadzić...

                Najbardziej irytującą bohaterką z jaką miałam do czynienia jest bez wątpienia Grażyna, nie dostrzega tego jak Jan poświęca się dla niej by miała wszystko co chce. By nie musiała pracować, skoro nie chce i żeby zarobić na różne przyjemności typu kino lub teatr. Nie jest w stanie przyjąć do wiadomości tego, jak Jan bardzo, ale to bardzo ją kocha. Myślę, że w ten sposób autor chciał pokazać, że kobiety są potworami (tak, jestem kobietą) i że siła manipulacji potrafi zdziałać prawie wszystko. Powieść jak najbardziej realistyczna, bo przecież taka historia może zdarzyć się każdemu.

                Polecam z całego serca.

Źródło materiału: http://everydayxbook.blogspot.com